poniedziałek, 4 września 2017

Kartka z kalendarza:    wrzesień 
fot.  kanon

Pierwsze chłodne wieczory i poranki zwiastują powoli koniec lata. Niedługo spadną liście z drzew i zaczną się słoty.
Magiczna data - pierwszy dzień września. Dawniej, niewątpliwie przeze mnie kojarzona z ponownym odliczaniem czasu do następnych wakacji, rozpoczynał się kolejny rok szkolny. Ten dzień był też pełen wrażeń: powakacyjnych spotkań z koleżankami z podwórka, ze szkoły, których nie widziałam przez prawie dwa miesiące. Nie było wtedy telefonów (nawet stacjonarnych), no może ktoś bardzo ważny, był szczęśliwym posiadaczem, dlatego ten pierwszy dzień po wakacjach był zazwyczaj po rozpoczęciu roku szkolnego, zaraz po szkole - dniem spotkań, wymiany wrażeń, pełen dzieci i młodzieży pod blokiem, podwórkowych zabaw na trzepaku, grupowych koleżeńskich rozmów.Jednym słowem popołudniem nadrabialiśmy długie nieobecności w miejscu zamieszkania. A wracaliśmy do domów z wakacji, przeważnie w przeddzień rozpoczęcia szkoły. Większość z nas, z pośród podwórkowych przyjaciół wyjeżdżała na wakacyjne obozy, kolonie, do rodziny gdzieś zazwyczaj na wieś, czasami na drugi kraniec kraju, Miasto pustoszało od dzieci na prawie dwa długie miesiące. Początek roku szkolnego 1 września był też dniem Imienin mojej ukochanej Babci. Mieszkała od nas daleko, a życzenia imieninowe dostawała przeważnie w ostatni dzień wakacji, w imieninowy przeddzień, gdy przychodził czas pożegnania. Pospiesznie zerwany bukiet polnych kwiatów, jeśli jeszcze jakieś udało się znaleźć na łące wręczany był babci. Drugi, z przewagą fioletowych wrzosów, przypominał smak i zapach wakacji zabierałam ze sobą, uważając by nie ukruszyć po drodze, przy wsiadaniu do pociągu. Gdzieś tam też, starałam się wcisnąć w niego pierwsze jesienne liście, które kolorem zachwycały i tworzyły piękną kompozycję, która potem zdobiła mój pokój przeważnie do świąt bożonarodzeniowych.
Wrzesień z perspektywy czasu, gdy skończył się czas nauki, wprawił mnie z czasem w nostalgiczny nastrój, podkreślając granicę raczej końca sierpniowego urlopu i powrotu do pracy, gdy nadchodził czas powrotu do szkoły tym razem moich dzieci. Bywały lata, gdy ten pierwszy powakacyjny miesiąc pozwalał odpocząć w ukochanych miejscach z dala od wakacyjnych tłumów, gdy wybierałam morze. Jest porą na powroty i odpoczynek, zrelaksowanie się w bliższe mi miejscem i sercem góry, które wybieram stale niemal co weekend, by poniekąd przedłużyć sobie "wakacyjne" wędrówki. Z upływem lat stał się z czasem oczekiwaniem na moją ulubioną porę roku - jesień. Barwy złotych, brązowych mieniących się w słońcu liści, traw, mniej upalne dni (nie lubię lata, to pora nie dla mojego typu urody) podkreślają piękno otaczającej nas przyrody. Jest dla mnie skrycie wyczekiwanym miesiącem, który zwiastuje najładniejszą porę w roku. Wrzesień - czas chwytania ostatnich ciepłych promyków słońca podczas spacerów czy wędrówek, zatrzymanie cudownych, urokliwych spotykanych po drodze miejsc w obiektywie aparatu. Jest nostalgią, za czymś, co bezpowrotnie umyka. Powoli nadchodząca kolejna pora roku podkreśla niechlubnie upływający czas. Zrywa kartki z kalendarza wspomnień, bowiem od lat, wrzesień nie kojarzy się już ze szkołą, podobnie ucichł gwar na podwórkach. Zauważalne krótsze dni, zwiastują powrót do codziennych zajęć i stałych obowiązków, a zarazem podkreślają, corocznie, że znowu coś się kończy. 
Wrzesień - chwila wspomnień tego, co już za nami.




Kartka z kalendarza:     wrzesień  fot.  kanon Pierwsze chłodne wieczory i poranki zwiastują powoli koniec lata. Niedługo spadną l...